SORy wymagają dofinansowania
Podstawowym problemem funkcjonowania systemu ratownictwa jest wysoki koszt jego utrzymania?
Ratowanie życia w sytuacji bezpośredniego zagrożenia jest podstawowym obowiązkiem każdego państwa w stosunku do jego obywatli oraz obywateli innych państw, przebywających na tym terenie. Zwłaszcza dotyczy to Unii Europejskiej, gdzie przepływ ludności jest bardzo duży. W związku z tym jest to bardzo kosztowny system, w sensie pokrycia wszelkich materialnych aspektów tego działania. Problem jest ze znalezieniem odpowiedniego finansowania. Pierwsze próby uruchomienia systemu, jeszcze około roku 2000, polegały na przeznaczeniu ponad 1 mld zł na powstanie sieci szpitalnych oddziałow ratunkowych oraz na wzmocnienie sieci ambulansów medycznych, czyli tzw. pogotowia ratunkowego. Z czasem liczba podmiotów, biorących udział w transporcie medycznym wzrosła. Do państwowych instytucji, podobnych do dawnego wojewódzkiego pogotowia ratunkowego, dołączyło szereg podmiotów prywatnych takich jak Medicover, Lux Med, Falck i inne.
Jak powinien być Pana zdaniem finansowany system ratownictwa?
W sposobie finansowania dostrzegam pewien problem. W moim mniemaniu, zresztą nie tylko w moim, ponieważ reperezentuję stanowisko Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej, doszło do pewnego przeszacowania środków, włożonych w sektor transportu sanitarnego. Według koncepcji, jakie prof. Jakubaszko (prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej i konsultant krajowy w tej dziedzinie - przyp red.) przedstawił władzom, zwłaszcza Ministerstwu Zdrowia, system ratownictwa medycznego w Polsce miał opierać się na trzech elementach. Na centrach powiadamiania ratunkowego, które byłyby zintegrowanymi formami zarządzania, składającymi się z części medycznej, policyjnej i straży pożarnej. Centra nadzorowałyby i uruchamiały sieć ambulansów medycznych, które z kolei po dotarciu na miejsce w określonym optymalnym czasie i po wykonaniu niezbędnych, ustalonych procedur na miejscu zdarzenia oraz podczas transportu, dostarczały poszkodowanych do szpitalnych oddziałów ratunkowych. Naszym zdaniem właśnie te szpitalne oddziały ratunkowe, których w Polsce powinno być około 250, równomiernie rozmieszczonych przy szpitalach o odpowiednim zapleczu, miały być sercem i mózgiem tego systemu. Miały nadzorować oraz logistycznie kierować działaniami od wystąpienia zdarzenia, aż do rozpoczęcia definitywnego leczenia.
Pieniądze nie trafiły do SORów?
Początkowo większość funduszy poszło w sektor pogotowia ratunkowego. Doszło do sytuacji, w wyniku której, po kilku latach od roku 2000, mamy pogotowie ratunkowe na poziomie europejskim. Ambulanse jeżdżące po Polsce są bardzo dobre. Średnia wartość takiego ambulansu wynosi od 300 do 400 tys. zł. Wykorzystywane są pojazdy renomowanych firm w tym Mercedesy, Toyoty, Peugot, Fiaty. Takie same są wykorzystywane także w Europie Zachodniej. Różnica jest w szpitalach. Większość środków idzie w sektor pomocy przedszpitalnej. Problem we tym, że regulacje ustawy o ratownictwie kończą się na drzwiach szpitala i tu już finansowanie jest zupełnie inne.
Muszę powiedzieć, że liczba w pełni wyposażoncyh karatek w Polsce dawno już przekroczyła 1,5 tys. pojazdów i w stosunku do liczby mieszkańców jest nawet minimalnie wyższa od średniej europejskiej. W niektórych regionach Polski jest dużo wyższa, tak jak np. w rejonie Śląska. Było to widoczne w czasie tragedii w Katowicach trzy lata temu, kiedy przy zawalonej hali targowej stał rząd prawie 40 karetek. Natomiast w szpitalnych oddziałach ratunkowych sytuacja była bardzo trudna.
Są propozycje ze strony organizacji związkowych ratownictwa medycznego, żeby wykluczyć z udziału w finansowaniu z NFZ podmiotów niepublicznych. Co Pan o tym myśli?
Moim zdaniem to nie jest dobra sytuacja. Jeżeli są konkursy i przetargi na usługi transportu medycznego, to powinien wygrywać najlepszy, bez względu na formę własności podmiotu. Jest to gra publicznych placówek o zdobycie większości kontraktów. Żeby to lepiej zrozumieć, trzaba powiedzieć, że spośród kontarktów NFZ, jednymi z najkorzystniejszych są właśnie kontrakty na karetki. Kontrakt na karetkę za dobę wynosi w granicach 3 tys. zł, co jest w niektórych szpitalach sumą środków, przeznaczaną na działanie w tym samym okresie całego szpitalnego oddziału ratunkowego, ze wszystkimi badaniami diagnostycznymi, z uposażeniami dla personelu.
Kontrakty na karetki są opłacalne zarówno dla publicznych, jak i prywatnych usługodawców?
Można na nich najwięcej zarobić. To jest najbardziej opłacalna część systemu ratownictwa medycznego. Natomiast już ta część w szpitalnym oddziale ratunkowym jest bardzo niedoszacowana. My jako Polskie Towarzystwo Medycyny Ratunkowej zabiegamy o to, żeby finansowanie SOR było dwuźródłowe. Żeby gotowość do działania była finansowana ze strony funduszu centralnego, natomiast poszczególne wykonywane procedury z kontraktów z NFZ. Wówczas finansowanie mogłoby odpowiadać w jakiś sposób realnym kosztom. Pacjenci, którzy przychodzą do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Szpitalu Dzieciątka Jezus w Warszawie, w którym pracuję, mają wykonywane zdjęcia rentgenowskie, badania ultrasonograficzne, badania tomografii komputerowej, również czasami badania rezonansem megnetycznym, już nie mówiąc o pełnym profilu badań laboratoryjnych. Są konsultowani przez wielu specjalistów i leczeni na miejscu. To wszystko kosztuje, a my musimy się mieścić w przyznanym kontrakcie na poziomie 4,5 tys. zł na dobę, przy zatrudnieniu kilkudziesięciu osób. W związku z tym szpitalne oddziały ratunkowe są elementem, który generuje wysokie straty. Przy niskim stanie uzyskanych kontraktów, rzeczywiste koszty takiego oddziału są znacznie wyższe. Dyrektorzy szpitali rozumieją jednak konieczność istnienia SOR.
Skąd takie przeładowanie w SORach?
Traktuje się ratownictwo medyczne w naszym kraju, jako protezę podstawowej opieki lekarskiej. Trzy, czwarte pacjentów, którzy trafiają do SORów, powinno być leczonych przez swoich lekarzy w podstawowej opiece zdrowotnej, która nie funkcjonuje. Czesto lekarze mówią: idźcie do szpitala, bo tam wam zrobią badania, a na specjalistę będziecie gdzie indziej długo czekali. Tego typu pacjenci w SORach stanowią większość i jest to niewątpliwie finansowy problem.
Jak Pan widzi perspektywy rozwoju sytuacji?
Trudno mi prognozwać. Od lat uczestniczę w różnego rodzaju naradach i słucham wciąż nowych urzędników w NFZ i w Ministerstwie Zdrowia, podczas gdy my lekarze jesteśmy cały czas w tym samym miejscu. Od 2000 r. rozmawialiśmy już z jedenastoma ministrami zdrowia, z których każdy chciał coś nowego zrobić. Ratownictwo jest odsuwane na później. To jest jakby „najgorętszy kartofel", który każdy chce oddać.
System ratownictwa medycznego, to musi to być jeden zintegrowany organizm. Medycyna ratunkowa to jest jedna z najszkosztowniejszych form leczenia, ale jednocześnie niezbędna w dzisiejszych czasach. W żadnym kraju prywatny sektor nie jest w stanie poradzić sobie z finansowaniem ratownictwa. Zwykle nawet jeśli są oddziały intesywnej terapii w prywatnych szpitalach, to pacjenci mają określony limit przebywania na oddziale - przykładowo tydzień, czy dwa tygodnie, po których są oni przesyłani na inne oddziały. Działania w tym kierunku w sektorze prywatnym w Polsce dopiero się zaczynają.
Jest szansa, że szpitalne oddziały ratunkowe zostaną doinwestowane i będą mogły chociażby dokonać zakupu odpowiedniego sprzętu?
Obawiam się, że po administracyjnej stronie działania w tym kierunku utknęły. Ciągle prezentowane są nowe pomysły, z których nic nie wynika. Szpitale znajdują się w większości w stanie załamania. Duża liczba szpitali wali się pod względem finansowym. Dyrektorzy, którzy są na bieżąco rozliczani z dokonań, przede wszystkim łatają dziury w tych statkach, którymi dowodzą. Nie myślą co będzie w przyszłym roku, oni myślą co będzie w przyszłym tygodniu. Taka jest sytuacja. Moim zdaniem trudno jest zakładać, że medycyna będzie w Polsce sektorem, który będzie przynosił dochody. Oczywiście wybrane zagadnienia mogą być źródłem wysokich dochodów. Ratownictwo jest niestety bardzo kosztowne, a efektów należy się spodziewać w szerszym kontekście, w poprawie zdrowia społeczeństwa, w mniejszej umieralności młodych ludzi w wieku produkcyjnym, czy też w ograniczeniu inwalidztwa. W skali makro są to olbrzymie zyski.
A co ze środkami unijnymi?
Nie potrafimy wykorzystać pewnych możliwości i szans jakie uzyskujemy. Mam na myśli chociażby organizację Euro 2012. Moim zdaniem możnaby uzyskać ze środków unijnych sumy, mogące pokryć spore wydatki związane z zabezpieczeniem medycznym tego typu wydarzenia np. w Warszawie. Przecież nie chodzi tylko o okolice stadionu, ale o całe miasto. Nie słyszę takich pomysłów, chociaż, jako konsultant wojewódzki wielokrotnie mówiłem, że trzeba o tym pomyśleć. Pewne szpitale trzeba wybrać i już robić coś w kierunku dofinansowania. Powstają jednak już kłopoty i tarcia pomiędzy organizacjami założycielskim szpitali. W Warszawie jest przecież sześć ośrodków założycielskich, co jest utrudnieniem w sprawnej organizacji służby zdrowia w stolicy. Są szpitale prezydenta, marszałka, ministra, wojskowe, policyjne itp. Przykładowo szpital kliniczy Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego nie dostaje żadnych środków od prezydenta miasta, ponieważ to nie jest ich szpital, ale przecież Warszawiacy, którzy tu trafiają są ich.





MbMedia, ul. Pruszkowska 17, 02-119 Warszawa, Tel.: (22) 867 27 50, Fax: (22) 824 70 16