Artykuły

Biznes i satysfakcja w jednym

Renata Zielińska-Stępień, lekarz stomatolog i współwłaścicielka firmy MRMED opowiada o drodze do otworzenia kolejnej przychodni stomatologii dziecięcej w Warszawie

 

Skąd pomysł na gabinety stomatologii dziecięcej?

Prowadzę tą działalność razem ze wspólniczką, Magdą Kośmider. Jest ona osobą, która po prostu uwielbia dzieci. Nie chodzi tu tylko o leczenie, ale również zajmowanie się, przebywanie z dziećmi. Tak się złożyło, dzięki temu, że byłyśmy dość dobrymi studentkami, od razu po studiach zaproponowano nam pracę w gabinecie stomatologii dziecięcej. Okazało się, że ta praca jest bardzo satysfakcjonująca. W dużej mierze odbiega od pracy z dorosłym pacjentem. Nie jest to stomatologia, w której cały czas się robi to samo, trzeba wykazać mnóstwo własnej inwencji, każde dziecko jest zupełnie inne. Postanowiłyśmy robić to, co umiemy i lubimy.

 

Mówi się, że stomatologia dziecięca jest trudniejsza i jednocześnie mniej opłacalna ekonomicznie. Z czego to wynika?

Rzeczywiście jest trudniejsza. Potrzeba więcej czasu na jednego pacjenta. Trzeba się bardziej wysilić. Praca jest mniej ergonomiczna, pracuje się w trudniejszych warunkach, chociażby dlatego, że nie ma pracy na leżąco, chyba, że trafia się naprawdę wyjątkowy pacjent. Jest mniejsza możliwość pracy z lusterkiem, bo ciągle trzeba asekurować i policzek i języczek dziecka, trzeba się nagimnastykować, czasami kręgosłup w ósemkę się zakręca, a przy tym cały czas trzeba coś do małego pacjenta mówić. Rzeczywiście można powiedzieć, że jest to praca trudniejsza, ale również bardziej satysfakcjonująca, ponieważ ci pacjenci bardzo spontanicznie okazują wdzięczność, nawet ci płaczący. My pracujemy z dziećmi bardzo systematycznie. Nasi pacjenci są pod stałą kontrolą. Co trzy miesiące wysyłamy zaproszenia na bezpłatne kontrole. Wiadomo, że pierwsza część leczenia u dwu, czy trzylatka jest trudna. Pacjent jest malutkim dzieckiem i trudno oczekiwać od niego współpracy. Jednak później, jak już wyjdziemy na prostą i są to tylko przeglądy, czy lakierowania, znajdujemy indywidualny kontakt z dzieciakami. Naprawdę wyrastają na pacjentów, którzy nie boją się stomatologa, mają do tego bardzo swobodny stosunek. Nie przeżywają stresu i napięcia.

 

Wynika z tego, że pomysł otwierania prywatnych gabinetów stomatologii dziecięcej był, w Pań przypadku, raczej pójściem za swoimi zainteresowaniami, niż decyzją biznesową?

Nie wychodziłyśmy wprost z założenia, że to jest dobry biznes, chociaż, kiedy zaczęłyśmy pracować w gabinecie stomatologii dziecięcej zaraz po studiach, widziałyśmy, że pacjentów jest bardzo dużo, że przyjeżdżają z całej Warszawy. Po dwóch, trzech latach pracy, założyłyśmy na Ursynowie na ul. Koncertowej pierwszy własny gabinet. Bardzo szybko ta działalność nam się rozwinęła. Praktycznie w ciągu dwóch lat miałyśmy pełen komplet pacjentów na dwa fotele. Ludzie przyjeżdżali do nas z całego miasta. Skoro nam tak dobrze szło, to pomyślałyśmy, że musimy znaleźć kolejny punkt, w zupełnie innej części Warszawy, chociażby po to, żeby ułatwić naszym pacjentom dojazd. Drugi punkt otworzyłyśmy po około pięciu latach od rozpoczęcia działalności na ul. Podleśnej, na Bielanach. Kolejnego, trzeciego punktu, który otworzyłyśmy w tym roku szukałyśmy bardzo długo.

 

Jakie były główne bariery, problemy przeszkadzające w rozwijaniu działalności?

Podstawową trudnością jest znalezienie odpowiedniego pomieszczenia i lokalizacji. Lokale, które nadają się na przychodnię stomatologiczną, nzoz, muszą spełniać bardzo wysokie wymagania. Głównie chodzi o wentylację i wysokość pomieszczeń. Oczywiście rozkład i rozmiar pomieszczeń także musi być odpowiedni, żeby można było przychodnię ergonomicznie zaprojektować. Główną trudnością jest jednak wentylacja. Z tego powodu raczej nie wchodzą w grę typowe pomieszczenia mieszkalne. Nie ma mowy, żeby był oddzielny kanał wentylacyjny w istniejącym budynku. Najlepszy lokal to w gruncie rzeczy miejsce w pawilonie wolnostojącym, niewysokim jedno-, dwupiętrowym. Taki lokal mamy na Ursynowie. Znaleźć taki lokal jest bardzo trudno. Poza tym musi on być dostępny w rozsądnej cenie. My nie kupujemy lokali, tylko wynajmujemy. Zastanawiałam się nad tym, czy wynajem to jest rozsądny pomysł, ale z doświadczenia już wiem, że nie jest to takie złe rozwiązanie. Przykładowo do tej pory byłyśmy zmuszone zmieniać dwa lokale, ponieważ przestały pasować do zmieniających się standardów. Myślę, jednak, że teraz, kiedy dostosowujemy się do wymogów Unii Europejskiej, to te wymagania nie będą już tak zmienne. Natomiast w ciągu piętnastu lat przeskok w pułapie wymagań był ogromny. Może w tym momencie pokusimy się już o zakupienie jakiegoś lokalu.

Nie zmienia to faktu, że restrykcyjne wymagania np. sanitarne są pewną barierą do pokonania. Przykładowo zwykłe badanie wody wymagane przez Sanepid jest bardzo trudną rzeczą do przeskoczenia dla gabinetu, ponieważ woda w wodociągach jest zła. Sanepidu to nie obchodzi, że wszyscy piją tą wodę, a tu się tylko płucze usta. Kolejne wymaganie to normy dotyczące natężenia i barwy oświetlenia. W grę wchodzi także poziom hałasu wentylacji. Już nie wspominam o normach, dotyczących zaplecza przychodni. Wszystko jest bardzo mocno obwarowane przepisami. Przy planowaniu te obwarowania są dużą barierą. To wszystko kosztuje. Potrzebne są pieniądze chociażby na projekt dostosowania lokalu. Dopiero z tym można startować z inwestycją. Wszystko musi być dokładnie przemyślane. Na dodatek przepisy nie zawsze są jednoznaczne. W wielu przypadkach spotykamy się z uznaniowością różnych urzędów. Przykładowo taki prozaiczny wymóg, jak łatwozmywalne kaloryfery. Dla jednej Pani z urzędu te stare żeliwne kaloryfery są łatwozmywalne, dla innej odwrotnie. Równie dobrze te nowe płaskie kaloryfery mogą nie być w opinii urzędnika łatwozmywalne, ponieważ jest trudny dostęp do niektórych powierzchni. Ale jakoś sobie radzimy.

 

Ile w tym momencie jest filii firmy?

Są trzy filie. Staramy się, żeby były zlokalizowane w różnych punktach Warszawy. Żebyśmy z każdej strony miasta miały swój przyczółek. W przypadku tej ostatniej filii na ul. Pruszkowskiej, myślałyśmy o zagospodarowaniu pacjentów z regionów takich jak Pruszków, Raszyn.

 

Pacjenci przyjeżdżają z tak daleka?

Na Pruszkowską na razie przyjeżdżają pacjenci, którzy wcześniej leczyli się w innych naszych gabinetach, ale mamy pacjentów, którzy dojeżdżają do nas naprawdę z daleka spoza Warszawy.

 

Jakie miały Panie problemy przy ostatniej inwestycji na ul Pruszkowskiej?

Kiedy weszłyśmy do tego lokalu, to okazało się, że ma bardzo dobrą podłogę, podwieszany sufit, klimatyzację, wydawało się, że nie ma wiele do zrobienia. Jednak, jak często okazuje się w przypadku takich inwestycji, trzeba było zmieniać podłogę, zmieniać sufit, i tak naprawdę zostały mury. Dobrze, że nie musiałyśmy zmieniać okien, bo w poprzedniej inwestycji okazało się, że całą elewację musiałyśmy zmieniać. Tak naprawdę główny koszt budowlany takiej inwestycji powstaje z powodu wentylacji. Jest ona bardzo skomplikowana, ze względu na wymagania Sanepidu.

 

Jak wyglądają koszty związane z wyposażeniem przychodni w sprzęt, w unity stomatologiczne, czy można na czymś oszczędzić?

Uważam, że unity są jedną z rzeczy, na których można co nieco oszczędzić. Moim zdaniem to jest trochę tak jak z samochodem. Każdym można jechać, bez względu na to, czy się kupi wóz średniej klasy, czy luksusowy. Podobnie jest ze sprzętem stomatologicznym. Większość unitów ma podstawowe funkcje niezbędne do leczenia w odpowiednim standardzie. Wynika to z ostrych wymogów stawianych producentom urządzeń medycznych. To co w unitach tak naprawdę kosztuje, co decyduje o wysokości ceny, to ich design, ich marka oraz do pewnego stopnia komfort pracy. Ten bardziej skomplikowany drogi sprzęt jest moim zdaniem trochę delikatniejszy. Przy naszej wodzie, która nie jest najlepsza, mogą pojawić się pewne problemy i konieczność np. montowania specjalnych filtrów. Według mnie sprzęt powinien być jak najmniej skomplikowany, musi być bardzo popularny, żeby części zamienne były dostępne „od ręki” i żeby praktycznie każdy serwisant mógł go naprawić. To jest podstawowa sprawa. Czasem zapisanych na leczenie jest 20 pacjentów, a rano okazuje się, że jest awaria. Jeżeli będzie np. dwóch serwisantów danego sprzętu na całą Warszawę, to mamy poważny problem. My współpracujemy ze stałymi serwisantami, ale zdarza się, że nie są w stanie szybko przyjechać i wtedy ratujemy się kimś innym. Ktoś zawsze dotrze i nam pomoże. Dlatego uważam, że sprzęt w gabinecie powinien być średniej klasy. Nie z najniższej półki i nie z najwyższej. Poza tym jeżeli lekarz ma swój gabinet i tylko on pracuje w tym gabinecie, ma specjalne podejście do sprzętu. U nas na tym samym sprzęcie pracują różni lekarze, zmieniają się. Wiadomo, że nie będzie takiej wyjątkowej dbałości. Przecież każda ręka pracuje inaczej. W związku z tym te delikatne unity niestety będą dużo bardziej awaryjne. My mamy sprzęt chiranowski, czeski. To jest sprzęt od lat dostępny na rynku. Każdy serwisant się na nich zna, są dostępne części. Natomiast to na czym z pewnością nie wolno oszczędzać to są materiały.

 

A jak Państwo sobie radzą z zakupem materiałów. Mają Państwo jakichś stałych dostawców?

Mamy jednego stałego dostawcę. To jest firma Kol-Dental. Współpraca z jednym dostawcą o tyle procentuje, że możemy liczyć na dostawę w dowolnym terminie. Dzwonimy i mamy natychmiast wszystko, co potrzeba. Poza tym mamy korzystne rabaty. Oczywiście monitorujemy rynek pod tym względem, jednak nie planujemy zmiany. Przykładowo w przypadku firm, które są spoza Warszawy obawiam się, że dostawa materiałów nie byłaby taka natychmiastowa.

 

Na czym jeszcze nie można oszczędzać w pracy?

Wydaje mi się, że nie można oszczędzać także na sprzęcie jednorazowym. To jest podstawa, jeżeli chodzi np. o leczenie kanałowe. W tej chwili standardy światowe zbliżają się do zasady używania jednego narzędzia na jedno włożenie. Tych narzędzi przy jednym pacjencie używa się mnóstwo, ale na tym nie można oszczędzać. Może dojść do różnych powikłań, które pomijając skutki leczenia, mogą okazać się dużo bardziej kosztowne.

 

W jaki sposób Panie zatrudniają lekarzy w swojej rozwijającej się firmie?

Nie mamy nikogo na etacie. Uważam, że to nie jest motywujący sposób zatrudnienia. Każdy z lekarzy ma założoną własną działalność gospodarczą i otrzymuje procent od wykonanej uslugi. Nie są wspólnikami, ale jest to umowa o współpracy. Rozliczenie jest codziennie, nie raz w miesiącu. Pracują właściwie tak jak u siebie, z tą różnicą, że mają zapewniony lokal, materiały, sprzęt, czy też reklamę i pacjentów. Wydaje mi się, że jest to bardzo dobra forma zatrudnienia. Roszady w naszym personelu właściwie nie następują. Sporadycznie okazywało się, że ktoś się nie przyjął w firmie, ale to na ogół było wiadomo już po pierwszych miesiącach pracy. Ci lekarze, którzy u nas pracują dłużej, to po prostu nie odchodzą.

 

Czy uważa Pani, że warto współpracować z NFZ, czy refundacje Funduszu się opłacają?

My nie współpracujemy z NFZ. Jeżeli chodzi o obecne warunki, to trudno mi powiedzieć jak wyglądają refundacje. Staraliśmy się o kontrakt z NFZ jakieś cztery, pięć lat temu. Z tego nic nie wyszło. Później już się o to nie staraliśmy, ponieważ mieliśmy taką liczbę pacjentów, że nie było to nam potrzebne. Współpraca z NFZ nie jest wcale prostą sprawą. Jest mnóstwo papierów, trudności organizacyjne, związane chociażby z przemieszaniem pacjentów leczonych z kontraktu NFZ i prywatnych. Wydaje mi się, że to jest nieopłacalne.

 

Czy uważa Pani, że w przychodni stomatologicznej powinien być aparat RTG?

Jeżeli chodzi o prawne wymogi , to wydaje mi się, że jest ich już tyle, że nie potrzeba ich ilości jeszcze zwiększać. Uważam, że każdy gabinet stomatologiczny powinien mieć rentgen, ale nie ma sensu regulować tego przepisami. Każdy lekarz wie, co mu jest do leczenia niezbędne. Ponieważ zdjęcie rentgenowskie jest standardem w leczeniu endodontycznym, to po prostu nie można leczyć bez aparatu rtg. Oczywiście można próbować gdzieś wysyłać pacjentów na zdjęcia, ale jest to już organizacyjnie skomplikowane, a poza tym większość pacjentów się na coś takiego nie godzi. Wydaje się, że rynek wymusza, co w gabinetach musi być.

 

Bardzo dziękuję za rozmowę.

 

Rozmawiał Daniel Mieczkowski

 

 

Historia MRMED

Firma rozpoczęła swoją działalnoś w 1994 r. na ul. Koncertowej 6 w Warszawie. Początkowo funkcjonował jeden fotel, ale w miarę zwiększającej się liczby pacjentów pojawiły się kolejne dwa unity. Od 1999 r. działała już filia MRMED na ul. Podleśnej 40 lok. 33. Ponieważ pacjentów wciąż przybywało zmieniony został lokal przy ul. Koncertowej na znacznie większy i przestronniejszy przy ul. Janowskiego 50 na Ursynowie. Od tego roku rozpoczała działalność przychodnia na ul. Pruszkowskiej 17.



Kalendarz

Poprzedni miesiąc luty 2012 Następny miesiąc
Pn Wt Śr Cz Pt So N
30 31 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 1 2 3 4


Najnowszy numer

e-wydanie